Bez wstępnych bzdur, przechodzę do rzeczy. ;-)
No więc..pogoda była taka sobie, ale nie było mokro, ani nazbyt zimno, jednak..gdy dojechałam na miejsce to się przeraziłam! Błoto po kostki a w dodatku Adrian oznajmił że mamy problem, bo nie ma gdzie jeździć (lonża). W końcu zdecydował że pójdziemy na padok, bo tam jest z jednej strony tylko błoto, z drugiej trawa. No więc..znowu miałam problem z wsiadaniem. ;x Nie wiem czemu, bo Gaja to przecież hucuł - nieduży koń, ale chyba po prostu muszę poćwiczyć mięśnie nóg, bo za słabo się wybijam. Musiałam po wsiadaniu docisnąć jedno strzemię, bo się jakoś się siodlo pochyliło, ale potem było OK.
Były ćwiczenia..przeróżne, oj przeróżne. W dodatku Gaja nie zbyt była chętna do stawania, bo jak ruszyła to trudno było ją zatrzymać, jednak dziewczyna która mnie uczyła mówiła, że ona właśnie taka jest, a za to Sahara stanie, i ruszyć nie chce, czyli wręcz przeciwnie. :X
Powiedziała tez, że bardzo dobrze słucham poprawek, stosuję się do nich, i że nie ma już co ze mną robić na lonży :D W dodatku stwierdziła że dobrze anglezuję razem z ruchem konia, i to wielki plus.
To na tyle. Znowu krótko, oj znowu, ale zaraz jadę na kolejną lekcje..trzymajcie kciuki!
PS. Wiem ze jestem beznadziejna, i notka miała być wcześniej, ale coś mi nie wyszło. :c
To na tyle. Znowu krótko, oj znowu, ale zaraz jadę na kolejną lekcje..trzymajcie kciuki!
PS. Wiem ze jestem beznadziejna, i notka miała być wcześniej, ale coś mi nie wyszło. :c
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz